Dostałem dziś maila z pytaniem.
Gdzie wg Ciebie leży granica pomiędzy BDSM i sadyzmem i czy w ogóle istnieje?
Swego czasu obejrzałem kilka ekstremalnych filmów, po których nabrałem głębokiego niesmaku. Choć minęło od tamtej pory kilka ładnych lat, to wciąż mam w głowie niektóre sceny. O mało nie porzuciłem zainteresowania klimatem pod wpływem doznań, jakie były moim udziałem po obejrzeniu tych filmów. Na szczęście własnej natury nie można odrzucić. Nie uciekłem od zainteresowania klimatem BDSM, przeciwnie, zacząłem wartościować, zdecydowanie odrzucać to, co jest dla mnie nie do przyjęcia. Dzięki temu wypracowałem sobie swój pomysł na BDSM.
Nie będę wdawał się w filozoficzno-psychologiczno-socjologiczny wywód o tym, czym sadyzm jest a czym nie. Każdy, kto zechce zgłębić temat, ma otwartą drogę.
Co więc akceptuję? Co odrzucam?
Relacja BDSM jest dla mnie od początku do końca oparta na kliku zasadniczych filarach, jednym z najważniejszych z nich jest odpowiedzialność. Odpowiedzialność jest bezwględnie konieczną cechą każdego Mastera. Biorąc sobie Sukę, biorą również odpowiedzialność za wszystko, co wydarzy się w trakcie sesji, biorę odpowiedzialność za jej bezpieczeństwo, zdrowie i życie. Tak: życie, nie ma w tym cienia przesady.
Z drugiej strony jest Suka. Bycie uległą nie zwalnia od odpowiedzialności.
Jestem zwolennikiem zawierania kontraktu między Panem i Suką.
Uważam, że spisanie i potwierdzenie przez obie strony reguł, granic, zasad bezpieczeństwa, jest bardzo ważne, choć ma również pewien wymiar magiczny, stanowi akt oddania się Suki w niewolę swemu Panu. Krótko mówiąc: akceptuję wszystko, co ustalę ze swoją Suką, co zostanie wynegocjowane, spisane i potwierdzone.
Odrzucam bezmyślność, okrucieństwo i wszystko, co prowadzi do trwałych uszkodzeń ciała i... ducha. Tak, uważam, że "uszkodzenie" ducha, psychiki, może być równie groźne, lub nawet bardziej niebezpieczne, jak uszkodzenie ciała. Poraniona psychika goi się o wiele dłużej i wymaga bardzo trudnego leczenia, o ile w ogóle może zostać wyleczona.
PS. Niepokoi mnie urodzaj młodocianych "suk" i "masterów", często bardzo nierozsądnych, lekkomyślnych, spłycających BDSM do poziomu zwykłego chamstwa czy bezmyślnego wyżywania się. Niestety, wielu się wydaje, że jeśli zleje dziewczynę pasem i rzuci parę niewybrednych epitetów pod jej adresem, tym samym stanie się jej Panem. Wiele panienek sądzi, że wystarczy pozwolić zerżnąć się brutalnie i wulgarnie, by być dobrą suką.
Gdzie wg Ciebie leży granica pomiędzy BDSM i sadyzmem i czy w ogóle istnieje?
Swego czasu obejrzałem kilka ekstremalnych filmów, po których nabrałem głębokiego niesmaku. Choć minęło od tamtej pory kilka ładnych lat, to wciąż mam w głowie niektóre sceny. O mało nie porzuciłem zainteresowania klimatem pod wpływem doznań, jakie były moim udziałem po obejrzeniu tych filmów. Na szczęście własnej natury nie można odrzucić. Nie uciekłem od zainteresowania klimatem BDSM, przeciwnie, zacząłem wartościować, zdecydowanie odrzucać to, co jest dla mnie nie do przyjęcia. Dzięki temu wypracowałem sobie swój pomysł na BDSM.
Nie będę wdawał się w filozoficzno-psychologiczno-socjologiczny wywód o tym, czym sadyzm jest a czym nie. Każdy, kto zechce zgłębić temat, ma otwartą drogę.
Co więc akceptuję? Co odrzucam?
Relacja BDSM jest dla mnie od początku do końca oparta na kliku zasadniczych filarach, jednym z najważniejszych z nich jest odpowiedzialność. Odpowiedzialność jest bezwględnie konieczną cechą każdego Mastera. Biorąc sobie Sukę, biorą również odpowiedzialność za wszystko, co wydarzy się w trakcie sesji, biorę odpowiedzialność za jej bezpieczeństwo, zdrowie i życie. Tak: życie, nie ma w tym cienia przesady.
Z drugiej strony jest Suka. Bycie uległą nie zwalnia od odpowiedzialności.
Jestem zwolennikiem zawierania kontraktu między Panem i Suką.
Uważam, że spisanie i potwierdzenie przez obie strony reguł, granic, zasad bezpieczeństwa, jest bardzo ważne, choć ma również pewien wymiar magiczny, stanowi akt oddania się Suki w niewolę swemu Panu. Krótko mówiąc: akceptuję wszystko, co ustalę ze swoją Suką, co zostanie wynegocjowane, spisane i potwierdzone.
Odrzucam bezmyślność, okrucieństwo i wszystko, co prowadzi do trwałych uszkodzeń ciała i... ducha. Tak, uważam, że "uszkodzenie" ducha, psychiki, może być równie groźne, lub nawet bardziej niebezpieczne, jak uszkodzenie ciała. Poraniona psychika goi się o wiele dłużej i wymaga bardzo trudnego leczenia, o ile w ogóle może zostać wyleczona.
PS. Niepokoi mnie urodzaj młodocianych "suk" i "masterów", często bardzo nierozsądnych, lekkomyślnych, spłycających BDSM do poziomu zwykłego chamstwa czy bezmyślnego wyżywania się. Niestety, wielu się wydaje, że jeśli zleje dziewczynę pasem i rzuci parę niewybrednych epitetów pod jej adresem, tym samym stanie się jej Panem. Wiele panienek sądzi, że wystarczy pozwolić zerżnąć się brutalnie i wulgarnie, by być dobrą suką.
Bardzo cieszy mnie ten Twój wpis. Sama od dobrego tygodnia czaję na wpis o tej tematyce i dziś chyba takowy poczynię, więc nie miej mi proszę za złe, jeśli znajdziesz u mnie wpis poruszający podobne wątki do niektórych, które opisałeś u siebie...
OdpowiedzUsuńOdpowiadając jednak na Twoje pytanie, czy Pan = sadysta, uważam, że tak. Dla mnie BDSM jest filozofią, zagłębałam się od początku i wciąż się zagłębiam w idee jego powstania, jego kanony i symbolikę, zawarte w formie jego przekazu. Masochizm i sadyzm są wpisane w ramy BDSM, te płaszczyzny symbolizuje nawet triskelion. Jednak sadyzm ze strony masterów jest czymś, na co wyrażają zgodę uległe, z uwzględnieniem przez obie strony granic, do których mogą się posunąć. Tak więc uległe to masochistki, a masterzy są sadystami, obie strony czerpią przyjemność i swego rodzaju spełnienie poprzez te praktyki.
A to, co znaleźć można w sieci, niestety często nie ma niczego wspólnego z BDSM, kreuje więc spaczony pogląd na BDSM, o czym nawet swego czasu pisałam na swoim blogu.
Pozdrawiam serdecznie,
Rossie
Pisz śmiało, Rossie, ciekaw jestem Twoich przemyśleń na ten temat. Moim zdaniem BDSM zawiera w sobie kontekst, który nawiązuje wprost do pojęcia sadyzmu, jakie znamy, choćby ze słownikowej definicji: http://sjp.pwn.pl/slownik/2574672/sadyzm
UsuńAle w BDSM zadawanie bólu nie jest jedynie drogą do osiągnięcia satysfakcji seksualnej. To droga rozwoju, pokonywania słabości, przełamywania barier i ograniczeń, to droga głębszego wejścia we własne "ja". Może to brzmi bardzo górnolotnie, ale myślę, że odpowiedzialne praktykowanie BDSM wpływa znacząco na rozwój samoświadomości. Ujmując to wszystko klamrą, zgadzam się z Tobą, Rossie, że BDSM jest pewnego rodzaju filozofią życia.
Całkowicie zgadzam się z Twoimi słowami i o to mi właśnie chodziło w moich słowach. Zgadzam się również całkowicie z tym, że ból nie jest jedyną drogą do osiągania satysfakcji, że chodzi tu o świadomość, pokonywanie barier, słabości.To właśnie esencja BDSM, wbrew pozorom, jak się wielu osobom wydaje, to nie tylko praktyka seksualna, w której główną rolę odgrywają gadżety i zabawki, ale coś, co pozwala rozwijać własne "ja", hartować ducha i pokonywać oraz poszerzać swoje bariery.
UsuńZgadzam się z Rossie, może nie powinienem tak pisać ale dla mnie to całe BD... to jakaś "choroba". Nie rozumiem anie sadyzmy ani masochizmu.
OdpowiedzUsuń@MT -> z zainteresowaniem przeczytałem Twój text, nareszcie jakiś głos rozsądku (pomimo, że nie zgadzam się ze wszystkim) ale widać że sprawa jest przemyślana.
Poczytam więcej twojego bloga, bo to zjawisko mnie interesuje tak teoretycznie tylko. Nie mam inklinacji do sadyzmy ani do poniżania ludzi.
Jurek
Nigdzie nie napisałam, że BDSM to choroba. Mało tego, sama BDSM praktykuję.
UsuńJurek, dlaczego uważasz, że BDSM jest chorobą?
UsuńJest jeszcze jeden "typ"masterów, czyli tacy,których sadyzm nie stymuluje erotycznie, a jedynie obserwacja zmiany i rozwoju uległej pod wpływem różnych technik sadystycznych.
OdpowiedzUsuńDo Jurka, Jurku jeżeli chcesz zrozumieć cokolwiek w życiu i nie piszę jedynie o BDSM, ale w ogóle,musisz być otwarty na daną rzecz/zjawisko i próbować zgłębić wiedzę. Wydając osąd nim cokolwiek poznasz, tak na prawdę zamykasz się na prawdę, której w ten sposób nigdy nie zgłębisz.
Także praktykuję od wielu lat BDSM jako dominujący, jestem w związku z najwspanialszą uległą chodzącą po tej ziemi, jednak ani Ona, ani ja nie uważamy siebie za chorych. Być może Ty też masz swoje upodobania seksualne i również o Twoich upodobaniach, można by powiedzieć, że są "chore", choć dla Ciebie są zupełnie normalne. By cokolwiek określać,trzeba coś tak na prawdę poznać najpierw bardzo dobrze. Jak twierdzą, autorytety w dziedzinie seksuologii, coś takiego jak zboczenie nie istnieje, pod warunkiem, że obie strony na to wyrażają zgodę. My jako ludzie w klimacie BDSM, nie karzemy Ci, nikogo chłostać, poniżać, ale także nie oceniamy Twoich upodobań. Nie musisz, być w naszych klimatach, ale proszę nie wydawaj werdyktów nim czegoś tak na prawdę nie poznasz, nie zrozumiesz.
Tyle ode mnie.
To zależy jak rozumiesz "sadyzm" :)
UsuńW każdym razie nigdzie nie napisałem, że praktyki BDSM mnie nie stymulują erotycznie. Skąd ten wniosek?
Cześć,
OdpowiedzUsuńDzięki za ciekawe odpowiedzi. W swoich postach macie dużo racji. Zdaję sobie sprawę, słowo "chore" nie jest najlepsze, a nawet słabe. Po prostu nic lepszego mi nie przyszło do głowy. I rację mają Ci , którzy uważają, że moje upodobania sex. mogą być uznane za chore. Oczywiście wszystko jest względne -->według Einsteina. Na pewno więcej bym o tym zjawisku zrozumiał gdybym miał szansę o tym z kimś szczerze i uczciwie porozmawiać. Ale na chwilę obecną takiej szansy raczej nie mam, bo nikt z moich znajomych tego nie praktykuje. Bardzo mnie interesują motywacje ludzi, co ich do tego pcha. Dlaczego niektórzy czują spełnienie sexualne gdy mogą kogoś poniżać a inni chcą być poniżani, bici, chcą odczuwać ból.
Na pewno nigdy tego nie spróbuję bo sama idea mi się nie podoba.
B/R
Jurek
Jeśli masz chęć po prostu o tym porozmawiać, wymienić się poglądami, to zapraszam na maila, znajdziesz go na moim blogu.
OdpowiedzUsuń